Rozdział 2: Kim Jestem?

W oczach samego siebie jestem człowiekiem, jednostką biologiczną, która przedziwnym zbiegiem okoliczności powstała wskutek połączenia materiału genetycznego mego ojca z materiałem genetycznym mojej matki. Dzięki temu szczęśliwemu przypadkowi wynurzyłem się z miliardów lat niebytu na kilkadziesiąt lat świadomości, czyli krótkie życie na tej planecie, aby w momencie mojej śmierci znów stoczyć się w niebyt, tym razem na wieczność. Obdarowany tym wspaniałym darem jakim jest życie, cieszę się każdym uprzywilejowanym momentem mojego istnienia, starając się być godnym tego daru. A więc nie szczędzę wysiłków aby być dobrym człowiekiem (takimktóry każde życie traktuje z największym respektem –  tak jak swoje własne, lub swoich najbliższych, gotów ratować życie i przynosić ulgę w cierpieniu, jest dobrym ojcem, synem i bratem, szanuje przyjaźń, pomaga innym, postępuje według ogólnie przyjętych norm moralnych, etycznych i prawnych, bierze pełną odpowiedzialność za swoje czyny, studiuje mechanizmy i strukturę tego świata za pomocą metod naukowych, walczy ze złem w jego różnych formach, gardzi przemocą, bezprawiem, kłamstwem, fałszem, rasizmem, głupotą i zabobonem, oraz usiłuje coś tworzyć – nawet na swoim ograniczonym poziomie.

Poniżej, w tych tekstach obejmujących około sześćdziesiąt lat mego życia, eksperymentowałem z filozofią  (egzystencjalizmem, racjonalizmem, marksizmem, a nawet metafizyką), religią katolicką (chodziłem na lekcje katechezy, byłem ochrzczony i bierzmowany), ateizmem i agnostycyzmem, a nawet lekko dotknąłem buddyzmu i zoroasteryzmu. Cieszyłem się stanem kawalerskim, a potem szczęściem małżeńskim, po czym doznałem dramatu (lub tragi-komedii) – czyli rozwodu. W ciągu mojego życia wcielałem się w przeróżne role (bez wątpienia grałem dużo więcej ról niż my dziadek Edward Łada-Cybulski, który był prawdziwym aktorem), a więc  byłem i ojcem, i przybranym ojcem, a także synem, bratem, wujem, szwagrem, harcerzem, uczniem, studentem medycyny, stażystą, rezydentem w programie medycyny rodzinnej w Chicago, lekarzem w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, nauczycielem i profesorem na uniwersytecie amerykańskim, ordynatorem w kilku szpitalach Ameryki Północnej, poetą (co dziwne, nadal uważam się za poetę), skrytym kochankiem, jawnym kochankiem, turystą, górskim wędrowcem, wspinaczem-skałkowcem, cyklistą górskim i szosowym, tenisistą, fotografem natury, astronomem-amatorem, kosmologiem-amatorem, UFO-logiem, narciarzem, lekkoatletą, strzelcem wyborowym, łucznikiem, żołnierzem w Polsce Ludowej, lekarzem wojskowym, stażystą w kraju i za granicą, autostopowiczem, kierowcą, kucharzem-amatorem o aspiracji chefa, płetwonurkiem, grzybiarzem, pseudo-pisarzem (oczekując awansu na prawdziwego pisarza), miłośnikiem psów (raczej obojętnym wobec kotów),  najlepszym przyjacielem, najgorszym przyjacielem, emigrantem, Polakiem, Amerykaninem… a moim największym pragnieniem było zostać zwykłym intelektualistą… a takim skromnym celem – mały kroczek naprzód w ewolucji człowieka. Wygląda na to, że moim aspiracjom jest nadal bardzo daleko do spełnienia.

Mogę przyjąć, że w moim życiu nic nie jest ważne lub istotne (co jest zbieżne z wnioskami większości kosmologów, gdzie Wszechświat – lub niezliczone ilości wszechświatów – Multiverse, lub nawet Omniverse – nie posiada żadnego celu sam w sobie, gdzie ogólny czas nie istnieje, a składa się on tylko z wydarzeń-zjawisk i pozostaje całkowicie obojętny na nasze losy; a powstanie życia jest tylko nieistotną lokalną „skazą” – lub lokalnym zaprzeczeniem entropii). Można także przyjąć, że jest doskonały Stworzyciel tego wszystkiego i istnieje pewien sens w biologii narodzin i śmierci, w tym co każdy z nas robi codziennie z takim czy innym przekonaniem, nieustannie nadając swym działaniom i obrządkom jakiekolwiek znaczenie. No ale tak jest: większość z nas, czy to “inteligentny“ czy “głupi“, czy “porządny” albo “zbój” żyjący na naszej planecie jest przekonany – do jakiegoś stopnia – o celowości swego istnienia i stwarza w sobie niestabilny domek z kart (poglądów) i urojonych ważnych wielkości. Lecz niewielu z nas może się pochwalić jakimkolwiek tworzeniem, oryginalnością idei lub dodaniem nawet niezwykle małej cegiełki do tego mozolnie wznoszonego muru cywilizacji. Tylko od czasu do czasu zjawi się ktoś Wybitny, kto posunie naprzód cały świat przez stworzenie Dzieła Monumentalnego, szeroko (lub nawet wąsko) zaakceptowanego. I zdarza się też, że znaczenie takiemu Dziełu lub Odkryciu zapoczątkowanemu iskrą geniusza nada właśnie szczęśliwy przypadek, nieoczekiwany traf, serendipity… 

Rozdziały w tej książce to migawki i krótkie epizody z mojego życia przeplatane  małymi “esejami”, czasem “nie na temat”, czasem krótkimi rozważaniami o współczesnych problemach, które mnie zaciekawiły, czasem nieco zabarwione moją wyobraźnią lub  przedstawiające moje rzeczywiste emocje i przeżycia.

W moich wywodach i opiniach jest z pewnością wiele błędów, uproszczeń i sprzeczności. Wcale nie twierdzę, że moje poniżej wyrażone poglądy są  jedynymi prawdziwymi  i słusznymi. W niektórych, tych bardziej poważnych rozdziałach wybrałem z tego całego zaśmieconego oceanu informacji to, co jest mi bliższe, lub bardziej prawdopodobne i zgodne z ogólnie akceptowanymi poglądami naukowymi. 

Żyłem w czasach, gdy czytanie Marksa, Pascala, Sartre’aNietzsche’go i Witkiewicza było modne, picie wódki – koniecznością, a dyskusje o kwazarach, ekspansji wszechświata a także o sensie lub bezsensie życia były jedynymi, które miały jakikolwiek sens. Pisanie wierszy i aforyzmów stało się obowiązkiem (i dziennym obrządkiem) w systemie który okazał się największym fałszem w historii ludzkości. Moje wiersze były ucieczką od zakłamanej codziennej rzeczywistości, w której przepaść między komunistyczną utopią a rozczarowaniem z powodu pływania w szambie kłamstwa pogłębiała się z dnia na dzień. I w tej sytuacji próbowałem stwarzać inny, własny, piękny i czysty świat zaprzeczający rzeczywistości. Nie zawsze się to udawało i nazbyt często to, co pisałem, zawierało cienie widm i pesymistyczne obrazy dekadencji i smutku.

Jednak nadzieja na coś wspanialszego, wznoszącego się ponad szarą egzystencję za tak zwaną „kurtyną” nie opuściła mnie nigdy:

Przyjść powinien, bo musi, taki wszystkosłów,

źródłowania zgęstek, stwarzania początek,

że sednem już nie będę, że mnie pominie

continuum spoza mnie, i ja, choć jego wyplątek,

zdziwię się, żem stwórcą-przetwórcą,

iż w magicznym zaczynie obracany

aż do zmięknienia, do spękania zmysłów.

A gdy się już cała obca rzecz odwinie..

…wówczas ze mnie zostanie zaledwie cudzysłów

To ówczesne ‘rozintelektualizowanie się’ w Polsce kontrolowanej przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wycisnęło swoje piętno na całym moim (i nie tylko moim – także na wielu z moich przyjaciół) dalszym życiu. Później, żyjąc na obczyźnie, brakowało mi tego szczebiotu z polskich saloników i przyciszonych konwersacji o kulturze, wolności i podziemnej twórczości, oraz dyskusji filozoficznych w ciasnych klatkach-mieszkaniach rozrzuconych wokół Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Zachód przyniósł mi intelektualne rozczarowanie: bo w kulturze zachodu, bez cenzury i represji politycznych, takie głębsze tematy nie są popularne w kręgach słodkich idiotek (i idiotów), gdyż wzmagają poziom lęku (a nerwica lękowa, czasem na skraju paniki, ucieczka w narkotyki, leki uspokajające i alkohol są atrybutami kultury amerykańskiej). Ponadto intelektualne dyskusje wymagają ogólnej wiedzy i minimalnej erudycji, oraz, co jest chyba najważniejsze, nie dają odpowiedzi na najważniejsze pytania: Ile to i owo kosztuje? Co i za ile ostatnio zakupiłeś? Jakim jeździsz samochodem? Gdzie mieszkasz? Co nowego w kręgu celebrytów? Co sądzisz o nowym serialu w telewizji?