Rozdział 25: Zwykły poranek w południowym Teksasie, lato 2020

O siódmej czterdzieści jeden obudziłem się do głośnego chóru kwaczących dzikich kaczek siedzących w towarzyskich rzędach na dachu mojego domu przy ulicy Dilworth, blisko Zatoki Meksykańskiej. Siedząc w stłoczonych rzędach kaczki niemiłosiernie ignorowały zalecenia prezydenta i wiceprezydenta dotyczące socjalnych dystansów podczas pandemii.

Sięgnąłem po proszek przeciwbólowy tkwiący od wczoraj na nocnym stoliku. Poczułem gorzki smak w ustach i wziąłem dodatkowy łyk wody z nalepką Smart Water. Pomyślałem, że w dzisiejszych czasach nawet woda może być głupia lub mądra.

Przelotny wizerunek kształtnej piersi mojej dziewczyny starał się pozostać nieco dłużej w głębokim zakamarku mojej głowy, lecz dość szybko został zastąpiony przez bardziej precyzyjny obraz wykresu przesunięcia ku czerwieni odległych supernowych w porównaniu do ich bezwzględnej jasności. Jeszcze jeden dowód na to, że nasz wszechświat jest płaski. I tu nagła myśl: skoro wszechświat  rozszerza się z przyspieszeniem, dlaczego przestrzeń między atomami a nawet wewnątrz samych atomów nigdy się nie rozszerza… a to spowodowałoby rozpad mego ciała i każdego materialnego przedmiotu… a więc świat przestałby istnieć. A jednak istnieje. Albowiem ekspansja kosmosu jest wybiórcza: przestrzeń na skalę mikroskopijną została zostawiona w spokoju, ponieważ siły działające na poziomie subatomowym z łatwością przeciwstawiają się siłom expansji na wielką skalę.

Zmusiłem swoje mięśnie do pracy, podniosłem się powoli i zacząłem ciągnąć ciężar mojego ciała po przekątnej sypialni w kierunku drzwi, nacisnąłem mosiężną klamkę, była chłodna i poddała się z charakterystycznym trzaskiem. Dzikie kaczki na dachu nadal się przekrzykiwały; ich hałas został w końcu zagłuszony przez szczoteczkę do zębów, mięta pasty zmieszana z pulsującym bólem głowy i mglistym wyobrażeniem płaskiego rozszerzającego się wszechświata.

Schody pokryte dywanem nieco ciemniejszym od bieli przywiodły mnie w dół do kuchni na klasyczne śniadanie składające się z liverwurst, kromki chleba z masłem pokrytym abstrakcyjnym deseniem zlewającego się miodu oraz dużej szklanki angielskiej herbaty zaprawionej sokiem żurawinowo-malinowym.

Mój pies Moody podniósł pysk i swym węchem starał się zdeterminować składniki mego posiłku. Dziś i jutro będę w domu; to mała przerwa od patologii ludzkiej, człowieczych cieni stopniowo zsuwających się w odrętwienie, marasmus i letarg, wegetując między sesjami dializy i licząc na przeżycie dnia dzisiejszego, nigdy nie myśląc o jakiejś zasranej kosmologii. A w dniu dzisiejszym, osiemnastym dniu kwietnia dwa tysiące dwudziestego roku, cała nasza cywilizacja, w cichym i kontrolowanym gniewie, okiełznana i niepewna, z twarzami pogrzebanymi w maskach aby oszukać wirusa, by ostatecznie osiągnąć status laboratoryjnego szczura lub jakieś światowe znaczenie jako statystyczny wskaźnik.

Zrobiłem kawę instant z dwuprocentowym homogenizowanym mlekiem, i spojrzałem na moje homogenizowane i uśrednione życie, i całą homogenizowaną cywilizację, i galaktyki – jak mleko, a jest ich więcej niż mikroskopijnych kuleczek tłuszczu w całym mleku na naszej planecie, i ja, przyssany grawitacją do jednej z tych kuleczek, umykających od innych galaktyk dzięki ekspansji przestrzeni… i tak bez końca… i tak do końca… kierunek: nieznany, cel: nieznany, prędkość: nieznana i nieistotna.

W myślach stworzyłem listę moich zamierzeń. Z pewnością moja lista pokrywa się z listami tkwiącymi w innych głowach. I wiem, że większość pozycji z tej listy nie tylko nigdy się nie urzeczywistni, ale zostanie wymazana z powodu nagłych, śmiesznych i prozaicznych zadań.

Wyszedłem z Moody na podwórko koło basenu. Dla niego jest to bardzo szczęśliwy moment, gdy jestem tam z nim i poświęcam mu całą moją uwagę.

Przed nami następny dzień na Pandemii, nowej planecie w układzie słonecznym, na peryferiach Drogi Mlecznej, dwuprocentowej.